niedziela, 19 sierpnia 2012

Wolność.

   Odkąd tu zamieszkałam nie brakowało mi niczego... Jednak było coś takiego ; wolność. Brakowało mi wolności. Czułam się przykuta na stałe do tego miejsca. Kochałam je, ale wciąż brakowało mi tego jednego, wolności. Dzisiaj postanowiłam odzyskać to uczucie.
    Nie zastanawiając się dłużej skierowałam kroki w stronę mojego ukochanego miejsca. Grzywka na chwilę zasłoniła mi oczy. Ja głupia biegłam dalej i próbowałam ją jakoś zdmuchnąć. Przeszkadzała mi. Nagle wpadłam na kogoś. Przewróciłam się na plecy. Zaraz spaliłam się widocznym na moim białym futrze rumieńcem, kiedy spostrzegłam, że wpadłam na naszego nowego, przystojnego członka stada, Tairisa. Wstałam i zaczęłam stokrotnie przepraszać. Nie mogąc znieść jego spojrzenia oraz ironicznego uśmiechu. Czym prędzej zniknęłam mu z oczu.
    W końcu dotarłam nad wodospad. Znów położyłam się na drzewie , które pełniło rolę mostu nad źródłem. Wodziłam leniwie pazurami po wodzie. Myślałam co zrobić , abym poczuła się wolna. W końcu do głowy wpadła mi genialna myśl. Postanowiłam zrobić jakiś kawał Złoziemcom. Od razu wstałam i popędziłam w stronę Złej Ziemi. Kiedy dotarłam na miejsce schowałam się w krzakach i czekałam. Właściwie nie wiem sama na co w tedy czekałam, ale jak na zawołanie ku mnie szły dwa dorosłe lwy. Na początku się przestraszyłam, ale od razu wiedziałam co zrobię. Przemknęłam niezauważona trochę dalej od nich i ryknęłam ile sił w płucach.
- Kto to ? - usłyszałam zaniepokojone głosy lwów.
- To ja ! Wasz dawny władca ! - zawołałam i musiałam nie źle się wysilić , aby powstrzymać śmiech.
- Malkia ?! - przestraszył się jeden z nich.
- Owszem! A kto inny ?! Ja jestem waszą jedyną królową ! Ten kto teraz włada nosi na sobie klątwę ! - po chwili wyskoczyłam zza krzaków.
     Jeden z lwów spojrzał przerażony na mnie. Najwidoczniej to on był władcą.
- Zaraz, zaraz ! - zawołał ten drugi. - Przecież Malkia nie żyje !
     Spanikowałam, ale zaraz się opanowałam i spokojnym głosem rzekłam.
- Głupiś ! Jestem teraz duchem !
- Ale Malkia nie była biała, ani nie miała grzywki ! - dyskutował dalej.
- Duchy są białe ! - na grzywkę już nie miałam usprawiedliwienia.
- Jiwe, na nią ! - krzyknął i już rzucił się w pogoń za mną.
      Musiałam uciekać. Gnałam gdzie pieprz rośnie, przy tym śmiejąc się szyderczo z lwów. Nagle ktoś na mnie skoczył i razem się poturlaliśmy. To był ten lew, który tak zawzięcie ze mną się sprzeczał.
- I co teraz powiesz ? - zapytał z szerokim uśmiechem i chęcią zemsty.
- Nic ! - odparłam i wyrwałam się spod jego łap.
      Wskoczyłam na pobliski baobab. Miałam szczęście, bo to był baobab Rafikiego. Zazwyczaj łagodny wiatr zaraz przepędził oba lwy i mogłam wrócić na ziemię. Spostrzegłam, że robi się późno. Wróciłam na naszą ziemię. Kiedy wróciłam nikt nawet nie zapytał gdzie byłam. Najwyraźniej nikt nie zauważył, ze zniknęłam. Tylko Shetani posłała mi znaczące spojrzenie. Wszyscy już kładli się spać. Lilly położyła się koło swojego męża Murasa i córki Soraji, a Shetani wraz z Cokkiem i Diego już dawno smacznie spali, Sarra również, ale nigdzie nie zauważyłam Tairisa.
        Położyłam się pod wielką akacją. Kiedy jeszcze raz ogarnęłam spojrzeniem całe nasze stado poczułam się tak jakby... samotna. Nie miałam  nigdy żadnej rodziny, a nasze stado było dla mnie jedynie tylko znajomymi. Zamknęłam oczy, ale nie spałam. Jak ktoś może spać kiedy przypomina sobie swoją zmarłą rodzinę ? Ale długo nie mogłam wytrzymać i otworzyłam oczy. Patrzyłam cały czas na niebo. Zobaczyłam spadającą gwiazdę. Szybko pomyślałam życzenie. ,, Chciałabym być szczęśliwa " - myślałam gorączkowo. Miałam nadzieję, że kiedyś moje życzenie się spełni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz